Wyjazd do Giżycka

gizycko2014 ikoNa początku sierpnia zamknięty Dom Dziecka, bo przed nami do Giżycka na tydzień wycieczka.

Jest pan Darek, pani Asia i pani Beatka, pani Ula oraz dzieci dość spora gromadka.

Na początku całą grupę podzielić trzeba było, by wesoło i bezpiecznie w ośrodku się żyło.

Już pierwszego dnia wyprawa, zwiedzamy Giżycko. Z wieży obserwacyjnej z góry obejrzeliśmy tu wszystko.

Potem plaża i pluskanie i skoki do wody. Wszystko ku uciesze naszej oraz dla ochłody.

Rowerami wodnymi wycieczka fajowa, z tyłu małe dzieci, ten co z przodu musiał pedałować.

Adaś wskoczyć chciał do wody, lubi człek popływać, a tu woda po kolana, tak to bywa.

 

Więc odpłynął od brzegu metrów jeszcze trzysta, teraz wody jest po uda, to rzecz oczywista.

Potem Park Miniatur Mazurskich zwiedzać jechaliśmy; wiele tam ciekawych rzeczy, dużo się dowiedzieliśmy.

Piotrek z dumą się wystroił w mundurze niemieckim i z kałasznikowa urządziliśmy turniej strzelecki.

Później wagonikiem się dzieciaki przejechały: konie rżały, kury gdakały i kaczki kwakały.

I poskakać można było przypiętym na linach, w górę, w dół się człowiek wybił, skakał jak sprężyna.

Jak Oliwka miała z łuku strzelić, to aż oczy przymrużyła. I co było? To, że w samą „dziesiątkę” trafiła.

Piotrek w dyby dał się zakuć, Krzyżak chwycił topór; chyba głowę chciał odrąbać, lecz napotkał opór.

Bo jak Piotr zobaczył topór u Krzyżaka w rękach, zaczął słodkie miny robić, mruczeć, jęczeć, stękać.

To się Krzyżak ulitował, z dybów go uwolnił. Bo to tylko żarty były, bo Krzyżacy są swawolni.

Park linowy nas zachęcił, by chodzić po drzewach: noga prawa jest na linie, a na kołku lewa.

Potem rejs stateczkiem i sternik za sterem, podczas rejsu tych sterników zmieniło się czterech.

Jak wracaliśmy, to były pokazy „break-danc’u”. Każdy mógł się sprawdzić w tym wspaniałym tańcu.

Byliśmy też w wesołym miasteczku. Każdy zjadł po gofrze lub innym ciasteczku.

Buzie brudne, w czekoladzie świecą całe; ale za to przeszczęśliwe dzieci duże, małe.

I do wioski indiańskiej raźno pomknęliśmy, indiańskie zwyczaje tam poznawaliśmy.

Widzieliśmy ich mieszkanie, czyli namiot – tipi, od indiańskich gadżetów w wiosce tej aż kipi.

Bawiliśmy się wesoło, jak indiańskie dzieci: rzut do celu, lecz patykiem. Jak ten paty leci?

Potem sztuczka: łeb bizona, reszta Maćka, zgadujcie „na czuja”; na indiańskiej huśtawce każdy już się buja.

I na pieńkach było przeciąganie liny, i po belce na łańcuchach chodziły dziewczyny.

W tych zabawach nas wspierała Pocahontas młoda, na niej strój indiański, indiańska uroda.

Dzień następny to radocha, zwłaszcza dla chłopaków, bo jazda quadami, to nie dla mięczaków.

A Patryk z Adrianem dużo szczęścia mieli, na łące konika polnego dojrzeli.

Posadzili świerszcza na liściu na trawie. Dał im „koncert polowy na dwa świerszcze” prawie.

Jeszcze jedna nas spotkała atrakcja ciekawa: do parku safari prawdziwa wyprawa.

Jadą sobie myśliwi w przyczepie wesoło, kozy, lamy, konie, mnóstwo zwierząt wkoło.

Był tam cap, co ma przypadłość brzydką taką, że od niego strasznie czuć jakby kloaką.

Nagle się zrobiło w wozie poruszenie, bo za uchem jeden z drugim usłyszeli rżenie.

Koń łeb wsadził do przyczepki, wszyscy się schowali; niby tacy odważni, a konia się bali.

Z tej przygody jeden fakt był pozytywny, że to koń swój łeb do auta wsadził, a nie cap, ten co wydaje zapach dziwny.

Po przebojach na safari znowu było miło, rozpaliliśmy ognisko, pięknie się paliło.

Klaudia miała urodziny i torta dostała, przy ognisku się bawiła świetnie grupa cała.

Tort był owocowy z brzoskwiń i arbuza. Klaudia na lat siedemnaście, znaczy, jest już duża.

Każdy upiekł swą kiełbaskę, ze smakiem ją zjadł, a jak przyszedł do pokoju, z umęczenia padł.

Wyjazd super wspominamy, pamiętamy wszystko:

Fajna woda, fajna kadra i fajne Giżycko!

 

Kopiowanie, przenoszenie, powielanie, publikowanie lub rozpowszechnianie wszystkich fotografii w całości jak, i również w poszczególnych częściach bez pisemnej zgody Dyrektora WPO-W im.J.Korczaka w Bartoszycach - ZABRONIONE